ForCamping s.r.o.

Sekcja użytkownika

Zaloguj się

Koszyk

Koszyk

Twój koszyk jest pusty. Potrzebujesz pomocy z wyborem? Zajrzyj do poradnika lub napisz do nas.

Darmowa dostawa

299,00 

Czy wiesz, że oferujemy darmową dostawę przy zamówieniach powyżej 299,00 zł?

Martin Surovec – Walka o przetrwanie

Strumienie potu, wyschnięty język, skurczony żołądek. Kwaśny smak mrówek i kolonia ślimaków na śniadanie. Wszystko lepsze niż obrzydliwie słodki smak morwy. Przeczytajcie o prawdziwej walce o przetrwanie!
Początek wyprawy survivalowej
Początek wyprawy. Zanim dopadły nas komary, głód i zwątpienie.

W walce o przetrwanie czwartą najważniejszą potrzebą (po zapewnieniu wody, ciepła i jedzenia) jest seks, co jest udowodnione psychologicznie. Jeśli w grupie znajduje się kobieta, musi ona albo spać ze wszystkimi, albo z żadnym.

Amar Ibrahim, ekspert ds. przetrwania

O autorze

Martin Surovec (*1991) uwielbia podróżować na własną rękę i wszystko, co się z tym wiąże – czy to spanie pod gołym niebem, czy zdobywanie pożywienia z naturalnych źródeł w krajach takich jak egzotyczna Jamajka, skorumpowana południowo-zachodnia Rosja czy magiczna Gruzja. O wyprawie do tego ostatniego kraju napisał książkę Sabagiro už ne! (2019).

Start

Pokonujemy ostry zakręt i nagle naszym oczom ukazuje się gigantyczna kałuża, wypełniona po brzegi przez ostatnie deszcze. Wygląda na to, że właśnie znaleźliśmy idealne bloki startowe dla naszej Wyprawy Głodu i Niedoli. Zręcznie wyskakujemy we trójkę ze starej Skody Octavii i w pośpiechu wpychamy w siebie resztki czerstwego chleba z kilkoma plasterkami tłustej kiełbasy. Trzeba gromadzić zapasy tłuszczu, niczym niedźwiedzie przed zimowym snem.

Po posiłku jeszcze przez chwilę przestępujemy z nogi na nogę, rozważając, co zabrać. Gubimy się w coraz bardziej absurdalnych detalach, aż w końcu dociera do nas, że po prostu odwlekamy to, co nieuniknione. Rzucamy okiem na otoczenie. Nieprzebyta dżungla po prawej, nieprzebyta dżungla po lewej. Gęste zarośla, jeżyny, a tuż za nimi kolczaste akacje.

Początek marszu przez gęste zarośla.
Ruszamy w drogę.

Atak komarów

A niech to, pierwszy komar! – krzyczy Šupl, mój kuzyn, a zarazem świetny kumpel. – Idę drogą, w tych chaszczach będzie ich dwa razy więcej.

Nikt nie protestuje. Najpierw z gracją omijamy gigantyczną kałużę. No, może poza Šuplem, który jakimś cudem ląduje w niej kilkukrotnie.

Cholera, następna bestia. Te komary są wszędzie! – nie przestaje narzekać Šupl.

Spokojnie, to nie ich wina, że wpadłeś do kałuży. I to dwa razy – dorzuca złośliwie Štěpa, mój młodszy o rok brat.

Skręcamy w boczną drogę, która po kilku metrach z piaszczystej zamienia się w gliniastą. Idzie się o niebo lepiej, buty w końcu przestają grzęznąć. Krajobraz łagodnieje, a jeżyny i akacje, niczym woda w wino w Kanie Galilejskiej, ustępują miejsca krzewom i iglakom.

Poszukiwanie pożywienia

Zaczynamy rozglądać się za jedzeniem. Niczym prehistoryczni łowcy-zbieracze. Na niskim, spróchniałym pniu dostrzegam mrówkę. Z wprawą chwytam ją między palce, kładę na języku, przesuwam na ząb trzonowy, rozgryzam i połykam. Smakuje jak maleńka kropla soku z cytryny. Zjadam jeszcze kilka, a na koniec językiem omiatam usta z resztek nóżek. Dziwne uczucie, ale nie tak bardzo, jak za pierwszym razem.

Krajobraz znów się zmienia. Iglaki ustępują miejsca drzewom liściastym, a sporadyczne bzyczenie przechodzi w istny horror: au, au, cholera, mam tego dość! Najwyższy czas wypróbować repelent. Niestety, nie działa. Po minucie aplikujemy kolejną warstwę. Potem następną i następną.

Nie, samic komara nie odstraszy byle specyfik – poddaję się w tej nierównej walce i chowam bezużyteczny gadżet do plecaka.

Rzucamy się do ucieczki. Przyspieszamy, przechodzimy niemal w bieg. Trzydzieści stopni w cieniu niemiłosiernie daje się we znaki. Krople potu na czole zmieniają się w strumyki, które spływają po skroniach i szyi, by ostatecznie wsiąknąć w koszulkę.

Glediczja trójcierniowa

W końcu teren się otwiera i komary niemal znikają. W oddali widzę Štěpę, który coś podnosi z ziemi.

Štěpooo! Co ty tam robisz pod tą akacjąąą?

To nie akacjaaa, tylko glediczjaaa!

Podchodzę bliżej. A jadalne to jest, ta twoja glediczja? – zerkam mu przez ramię.

Mówię, glediczja!

Chłopak siłuje się ze starym, częściowo zgniłym strąkiem. Fuj, on zamierza to jeść? Po chwili udaje mu się dostać do środka. W miodowożółtej, lepkiej mazi tkwią nasiona. Delikatnie zeskrobuje odrobinę paznokciem.

Strąk glediczji trójcierniowej
Strąk glediczji.

Mniam, ale dobre, spróbuj! – wyciąga w moją stronę palec.

Faktycznie, smakuje jak powidła śliwkowe. Albo raczej tamaryndowiec.

Po chwili opracowujemy system otwierania strąków i wysysamy je jeden po drugim. Kiedy pierwszy głód jest zaspokojony, ładujemy zapasy do plecaków. Błyskawiczne źródło energii na pewno się przyda!

Autor z nożem i strąkiem glediczji
Nie, to nie jest reklama noża!

Kolejna zdobycz – morwa

Kawałek dalej natrafiamy na potężne drzewo morwy, którego gałęzie uginają się pod ciężarem owoców. Z niegościnnego zakątka Europy Wschodniej robi się powoli rajski ogród. Po chwili jesteśmy obrzydliwie przejedzeni. Fuj, nie mogę już patrzeć na ten cukier. Mimo to, zbieramy morwy na zapas.

Owoce morwy w foliowym woreczku
Ta niezidentyfikowana plama to morwy w foliowym woreczku.

Pragnienie

W dalszej drodze dociera do nas pierwszy poważny problem: brak wody. Soczyste owoce na chwilę zwilżyły usta, ale nie uzupełniły płynów. Nigdzie ani śladu strumienia. Tutaj na pewno nie znajdziemy wody – stwierdza Šupl. – Chyba że te obrzydliwe kałuże.

Masz rację, musimy wytrzymać do rana.

Šupl patrzy na mnie ze zdziwieniem. Nie czytałeś podręcznika przetrwania? Rano bierzesz kawałek materiału, przywiązujesz do nogi i ciągniesz po trawie. Kiedy nasiąknie rosą, wyciskasz wodę do menażki. Albo prosto do ust.

Jasne, twoje opowieści... Chciałbym to zobaczyć!

Zając! – krzyczy Štěpa. Zdążyłem zobaczyć tylko poruszające się krzaki. Trudno, i tak byśmy go nie dogonili. Najpierw woda. Potem zając.

W poszukiwaniu wody

Po krótkiej naradzie ustalamy priorytet: szukamy wody. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Błądzimy całą wieczność, a w ustach czuję ohydną gorycz pragnienia. W końcu na horyzoncie majaczy jakaś wioska. Poczucie wstydu plącze nam języki, nikt nie porusza tematu, jak zdobędziemy wodę.

Marsz przez naturę
Marsz przez naturę.

Docieramy do ubogiej wioski. Przy jednym z domów, na ganku, wygrzewa się czarny kot. Muszą tu mieszkać prości ludzie – myślę sobie.

O rany, pompa! – krzyczy Šupl, którego wiejskie życie zupełnie nie interesuje. – Tam za drogą jest stara, dobra ręczna pompa. Ale to byłoby oszustwo, gdybyśmy tam nabrali wody. Idziemy dalej – kręci głową.

Jakie oszustwo? – nie mogę pojąć jego logiki.

No oszustwo. Ta woda nie jest z natury, tylko ze studni, którą zbudował człowiek.

Dobra, to zrobimy tak: nabierzemy wody i napijemy się wszyscy. Z tą różnicą, że ty będziesz oszukiwał, a my nie.

Niecierpliwie przebiegamy przez drogę i rzucamy się do źródła życiodajnego płynu. Pijemy do syta. Napełniamy butelki i ruszamy dalej.

Picie wody z ręcznej pompy
Odrobina wilgoci.

Nocne łowy

Dieta oparta wyłącznie na owocach doprowadza nas do szału. Jemy bez przerwy, a i tak jesteśmy głodni. Mamy trochę energii z cukrów, ale czujemy się osłabieni. Mój wstręt do przesłodzonych owoców rośnie, a mimo to wpycham je w siebie. Nagle, między drzewami, dostrzegam jakiś błysk.

O rany, tam jest staw! – macha ręką w tym kierunku Štěpa.

Ale widzę tam też wędkarza, teraz nie możemy działać – wzdycha.

Plan jest prosty: idziemy na ryby. Przenosimy się kilkaset metrów dalej i czekamy na zmrok. W międzyczasie przygotowujemy prowizoryczne wędki. Kiedy zapada ciemność, ruszamy.

Już jest tak ciemno, że nie odróżniłbyś czarnej nitki od białej – rzuca Šupl. Skradamy się nad brzeg. Słychać pluskanie. Mnóstwo ryb – szepcze Štěpa. – I komarów.

Będziecie tak gadać czy łowić? – warczy Šupl i zarzuca wędkę. Mija godzina, dwie, i nic. Nasze zdesperowane żołądki wydają z siebie przeraźliwe dźwięki, błagając o litość. A cichy głosik w głowie szepcze: Tylko nie morwa, proszę.

Zapas owoców morwy
Zapas morwy.

Noc

W końcu wracamy z pustymi rękami. Docieramy do miejsca, gdzie robiliśmy wędki i kładziemy się spać. Rzucamy cienkie letnie śpiwory na wyboistą ziemię. Burczący żołądek, twarde podłoże i natrętne komary – nędza w czystej postaci. Wiercę się godzinami, aż w końcu udaje mi się odpłynąć do krainy snów. Ledwo tam jednak zaglądam, brutalna rzeczywistość ściąga mnie z powrotem na ziemię. Au. Jest chyba czwarta rano. Ze złośliwą satysfakcją stwierdzam, że Štěpa i Šupl też nie śpią.

Śniadanie

Znowu te obrzydliwe morwy – przełykam pierwszy kęs. – Wolałbym już zjeść mrówki.

Ale musiałbyś ich zjeść co najmniej tysiąc, pamiętasz? – odpowiada Štěpa.

Wiem. Tysiąc mrówek to tyle, co jeden wysuszony kotlet ze szkolnej stołówki.

Już kiedyś doszliśmy do wniosku, że na łapaniu mrówek traci się więcej energii, niż zyskuje z ich zjedzenia.

Smażone mrówki
Smażone mrówki.

Ślimaki

Po kilku godzinach natrafiamy na prawdziwą inwazję ślimaków.

Ślimaka trzeba najpierw oczyścić, inaczej jest pełen... no wiesz czego – zauważam.

Stary, naprawdę chcesz to jeść? – Štěpa robi wielkie oczy.

Tak. Byle nie morwa.

Jesteśmy głodni teraz, a nie za tydzień, więc decydujemy się na uproszczoną procedurę. Każdego ślimaka kroimy nożem, wyjmujemy mięsień, płuczemy i wrzucamy do menażki. Po chwili mamy porcję na małe śniadanie. Rozpalamy ognisko i gotujemy. Czysta woda natychmiast zmienia się w obrzydliwy, żółtozielony śluz. Wylewamy go, nalewamy nowej wody i powtarzamy proces cztery razy. Po godzinie gotowania mięso jest twarde jak kamień. Zmieniamy strategię. Nadziewamy ślimaki na gałązki leszczyny i pieczemy nad ogniem. Po pół godzinie danie jest gotowe – bez śluzu, ale wciąż twarde.

Gotowanie ślimaków w menażce
Śluz kosmitów. Fuj! I tak, na żadnym zdjęciu nie może zabraknąć noża.

Wkładam kawałek do ust. Na początku jest twardy i smakuje spalenizną. Po chwili żucia trochę mięknie, ale pojawia się śluz. Głód jest jednak silniejszy. Po chwili już sprawdzam, czy na patyku nie zostały jakieś resztki.

Uczestnicy wyprawy podczas posiłku
Od lewej Štěpa i Šupl.

Koniec

Po posiłku maszeruje się nam znacznie lżej. Pozytywne nastawienie (i niepusty żołądek) potrafią zdziałać cuda. A ponieważ trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, decydujemy się wrócić do punktu wyjścia i zakończyć naszą walkę o przetrwanie. Mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Może wam się wydawać, że niewiele osiągnęliśmy – ot, dwa dni jedzenia morwy, glediczji i kilku ślimaków. Ale to nie jest takie proste, jak się wydaje zza ekranu komputera.

Książka: Sabagiro už ne!

Flegmatyk Šupl i perfekcjonista Martin postanawiają wyruszyć dwudziestotrzyletnią Skodą Forman na wielką wyprawę. Kierują się do miejsc, przed którymi stanowczo ostrzegała ich czeska ambasada w Moskwie. Jakby tego było mało, zabierają ze sobą zupełnie obcego chłopaka z internetu, bo we trójkę raźniej (i taniej).

Przydatne linki

Autor: Martin Surovec

Źródła: archiwum autora

Artykuły na podobny temat

Przejście Masywu Śnieżnika Kłodzkiego

Przejście Masywu Śnieżnika Kłodzkiego
Radości i trudy przejścia Masywu Śnieżnika Kłodzkiego opisała dla Was w dzisiejszym artykule Katka Balcarová, która uprawia szeroką gamę sportów, a w szczególności wspinaczkę, bieganie i turystykę.